Duch ojca Ruszla

Ojciec Ruszel, dominikanin i doktor teologii, słynący z wielkiej dobroci, pobożności i ascetycznego życia, od kilku dni niedomagał coraz bardziej. Marniał w oczach, a współbracia coraz bardziej niepokoili się o jego stan. Cicho przemykali pod drzwiami celi, w której leżał, a blask świecy oświetlał jego schorowaną twarz. Za murami klasztornymi wierni parafianie gorąco modlili się o zdrowie swego ukochanego ojca.

Ale wyroki boskie były nieubłagane. Wkrótce parafianie i zakonnicy szczerze opłakiwali zmarłego. Następnego dnia po egzekwiach jeden z zakonników odkrył z przerażeniem, że ciało ojca Ruszla zniknęło. Parafianie zaczęli szeptać, że to sam pan Bóg zabrał swego sługę do nieba. I oto w kaplicy nazwanej imieniem ojca Ruszla zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Nawet najodważniejsi bracia nie potrafili ukryć drżenia rąk, gdy nagle zaczynały grać organy i gdy na korytarzach spotykali cień sylwetki. Pochylali głowy i głośno się modlili, czując na twarzy chłodny podmuch lub widząc zjawę. I trwało to dwa wieki.

Kiedy w 1863 roku wojska carskie zajęły klasztor, dwaj żołnierze wbiegli do budynku i zamarli. Z naprzeciwka nadchodziła zjawa. Jeden żołnierz uciekł z krzykiem trwogi, drugi strzelił do upiora z karabinu. Kula utkwiła w ścianie. Gdy opowieściami wojskowych zajęła się komisja śledcza, odkryto w ścianie wnękę, a w niej ludzki szkielet. Na zaciśniętych kościach dłoni wisiał różaniec i szkaplerz ojca Ruszla.

Reklamy